Gdy więcej znaczy mniej

W okresie okołoświątecznym coraz więcej nachodzi mnie refleksji dotyczących zakupów, reklam i zachowań konsumenckich. Własnych i osób mnie otaczających. W końcu: czy kupujemy produkty jedynie, gdy ich obiektywnie potrzebujemy? Czy też kieruje nami przeżywana radość? Złość i frustracja? Nuda? Lęk? Presja? A może poczucie obowiązku?

Później nieprzemyślane czy impulsywne nabytki zaczynają się kumulować. Przedmioty piętrzą się na regałach, powołują nowe zastępy na półkach i rozpychają szwy w szafach.

 

W tym miejscu pojawia się pierwszy problem. Dziesiątki porozrzucanych nabytków, tworzących chaos w przestrzeni, mogą działać jak dystraktory – rozpraszacze. Ty chcesz skupić się na ekranie laptopa, na czytanej książce, na rozmowie czy jakiejkolwiek innej czynności, a one mimowolnie odwracają Twoją uwagę, mącąc próby skupienia się. To jeden z powodów, przez który niektórzy nie są w stanie efektywnie pracować, zanim nie uporządkują pokoju.

Co prawda wraz z upływem czasu możemy stać się obojętni na niezmienne układy w otoczeniu. Do tego stopnia, że najwyższa góra ubrań na krześle przestanie nas kompletnie ruszać. Nie zmienia to jednak faktu, że…

W przestrzeni o małej liczbie bodźców szybciej i łatwiej jesteśmy w stanie zorganizować swoje życie. Jeśli każdy z przedmiotów ma dodatkowo stałe miejsce – zyskujemy podwójnie, bo zaczyna wchodzić w grę automatyzacja. Dzięki niej jesteśmy w stanie, na przykład, sięgnąć po kalendarz i długopis, nie tracąc wątku i płynności wypowiedzi w trakcie ważnej rozmowy.

Chyba że w Waszym zamiarze jest to, by biurko lub regał służyły do codziennego, obligatoryjnego treningu przeszukiwania pola percepcyjnego – wtedy oczywiście. Jak najwięcej poupychanych obiektów. I często, losowo zmieniajcie ich położenie, żeby przypadkiem się go nie nauczyć.

 

Po drugie: otaczające nas liczne przedmioty zmuszają do podejmowania decyzji. Ich obecność tworzy wiele, wiele (i jeszcze więcej) dylematów każdego dnia. Choćby tak prozaicznych jak to, który kubek na kawę wybrać.

A my? Otwierając kredens – rozważamy dostępne opcje. Patrząc na regał – nie wiemy co zacząć czytać. Stojąc przed szafą – nie mamy się w co ubrać. Przeglądając Netflixa – nie jesteśmy w stanie wybrać czegokolwiek na wieczór.

Co najlepsze – im więcej owych kubków/książek/ubrań/filmów mamy, tym trudniejszy będzie wybór jednego z nich. Jest to tzw. paradoks wyboru.

Podejdźmy do niego logicznie. Jeśli mamy do wyboru dwa produkty: A i B – ustalamy ich mocne i słabsze strony, porównujemy – i gotowe: decyzja podjęta. Jeśli są do porównania trzy produkty: A, B i C, trzeba zestawić nie tylko A z B, ale też A z C i C z B. A jeśli produktów jest 32 lub 4760? Przy takiej ilości informacji do przeanalizowania, sprawa się niewątpliwie komplikuje.

W przypadku szerszej palety możliwości możemy także czerpać mniejszą przyjemność z już podjętych decyzji. W końcu opcje nr 28. i 416. mogły różnić się w tak niewielkim stopniu, że można śmiało zacząć podważać swój subiektywny osąd. Poza tym wraz ze wzrostem opcji, rośnie koszt utraconych możliwości. Wybierając jedną z trzech możliwości – tracimy korzyści wiążące się tylko z dwoma zaprzepaszczonymi szansami. Ale gdy zdecydujemy się na TYLKO JEDNĄ z 4760 opcji… NIBY CO CZYNI JĄ LEPSZĄ OD POZOSTAŁYCH?!

 

To właśnie alegoria Netflixa: Wszystko wydaje się niewystarczająco dobre. Co więcej: nieustannie rosnący wachlarz możliwości sprawia, że poszukiwany ideał może coraz bardziej przesuwać się w kierunku niedoścignionego. Wraz ze wzrostem propozycji, wzrasta szansa, że w odmętach serwisu dostępne jest „coś lepszego”, a my stajemy się coraz bardziej wybredni. W końcu po co tracić trzy godziny na spoko film, gdy tą samą ilość czasu można poświęcić na arcydzieło zmieniające żywot ludzki?

Pan Schwartz określa to podejściem maksymalistycznym, w którego charakterystyce znajdziemy: więcej porównań dostępnych opcji, przeglądania opinii, analizowania alternatyw i doświadczania niezadowolenia. Wszystko to nie daje osobom nastawionym na dokonanie najlepszego wyboru spać po nocach (zarówno przed, jak i po podjęciu decyzji) oraz zmniejsza radość z doświadczania nowych nabytków.

Autor sugeruje wprowadzenie pewnych zachowań ułatwiających życie i podejmowanie decyzji. Należą do nich m.in.:

  • trzymanie swoich oczekiwań w ryzach,
  • częstsze poprzestawanie na „wystarczająco dobrym”,
  • podejmowanie decyzji raz a dobrze (czyli że bez odwrotu),
  • zwracanie mniejszej uwagi na to, co robią inni,
  • zwiększenie odczuwanej wdzięczności, przy zmniejszeniu doświadczanego żalu i wątpliwości

– szczególnie, gdy mowa o sytuacjach niespecjalnie kluczowych dla naszego istnienia.

Koncepcja paradoksu wciąż jest przedmiotem rozważań naukowych. Nie wszystkie badania potwierdzają jej zasadność. Sugeruje się istnienie czynników (tj. większa trudność dylematu, większa złożoność zbioru możliwości, większa niepewność preferencji oraz mocniej określony cel) wspierających doświadczanie przeciążenia wyborem.

 

Szczerze? Ze swojej perspektywy sprowadziłabym znaczną część powyższego do zwykłego przeciążenia bodźcami i informacjami. W tym momencie zgadzając się trochę z minimalistami, trochę z panem Schwartzem, że czasem mniej znaczy łatwiej, wygodniej, sprawniej i przyjemniej.

Nasz mózg KOCHA prostotę. Im coś łatwiejsze – tym lepsze. Bo oszczędza czas i energię.

To dlatego naszym guilty pleasure jest serial tak wysokich lotów, że do jego oglądania nie przyznajemy się nawet samemu sobie w lustrze. Tak też powstają stereotypy. Generalne założenia, stanowiące uniwersalne szablony nakładane na osoby należące do określonych grup, pozwalają zaoszczędzić czas na analizę każdego napotkanego przechodnia z osobna. I dlatego tak trudny bywa wybór kubka na kawę, po którym musimy dokonać wyboru samej kawy, potem kolejnej rzeczy i kolejnej… Ogromna ilość ciągłych bodźców i decyzji w pewnym momencie może zacząć nas zwyczajnie męczyć.

Choć minimaliści mogli znaleźć ziarnko prawdy w tym, że mała ilość przedmiotów w otoczeniu ułatwia życie, równocześnie można dyskutować nad tym gdzie znajduje się złoty środek pomiędzy zbyt małą a zbyt dużą ilością posiadanych dóbr i możliwości wyboru – tak, byśmy nie czuli się zniewoleni ani przez własne zasady, ani przez cudze oferty. Mam wrażenie, że usytuowanie owego złotego środka może być jedną z kwestii zależnych od konkretnej osoby, której dotyczy.

Jak jest w Twoim przypadku?

 

Źródła:

Chernev, A., Böckenholt, U., Goodman, J. (2015). Choice overload: A conceptual review and meta-analysis. Journal of Consumer Psychology, 25(2), 333–358.

Scheibehenne, B., Greifeneder, R., Todd, P.M. (2010). Can there ever be too many options? A meta-analytic review of choice overload. Journal of Consumer Research, 37(3), 409-425.

Schwartz, B. (2003). The paradox of choice. New York: Harper Collins.

Schwartz, B., Ward, A., Monterosso, J., Lyubomirsky, S., White, K., Lehman, D.R. (2002). Maximizing versus satisficing: Happiness is a matter of choice. Journal of Personality and Social Psychology, 83(5), 1178–1197.

Dodaj komentarz